poniedziałek, 3 listopada 2014

poniedziałek, 20 października 2014

Zachwycać czy się nie zachwycać? ("Sto lat samotności")


...czyli co nie co o wędrówce w poszukiwaniu własnego zdania na temat pozycji Gabriela Garcii Marqueza. 

środa, 10 września 2014

Bawimy się z Fanbookiem! Czyli moje najgorsze i najlepsze lektury szkolne


Z pewnością wszyscy książkowy blogerzy kojarzą magazyn Fanbook, o którym wśród naszej społeczności ostatnio było bardzo głośno. W najnowszym numerze, jak się dowiedziałam, znalazło się kilka recenzji blogerów, których lubię i do których często zaglądam. Skusiłam się. Kosztowało mnie to niewiele, a jak się okazało lektura była satysfakcjonująca. Artykuły, wywiady przypadły mi do gustu, podobnie jak dobór recenzji. Przeglądając strony natknęłam się na najlepsze i najgorsze szkolne lektury wybrane przez czytelników, co zainspirowało mnie do napisania własnych typów. Stąd tytuł, który dla niewtajemniczonych mógł być niezrozumiały. Teraz, mam nadzieję, że już jest wszystko jasne. Do zabawy zachęcam innych. Z chęcią poznam wasze opinie. 
Ja tymczasem przejdę do głównego tematu dzisiejszego posta. 

Zacznę od lektur najlepszych, które zrobiły na mnie największe wrażenie i które najdłużej pozostały w mojej pamięci. 

"Krzyżacy" to lektura bezkonkurencyjna, do której z przyjemnością wracam wspomnieniami. Zdecydowanie najlepsza ze wszystkich. Zaskoczyła mnie rozbudowaną fabułą, ciekawie wykreowanymi pod względem psychicznym bohaterami oraz ciekawą akcją. Archaizacja w moim przypadku nie utrudniała lektury. Skłamałabym pisząc iż było wręcz przeciwnie, jednak mimo wszystko genialnie oddawała klimat tamtych czasów. 

Następną ważną dla mnie książką są "Kamienie na szaniec". W tym przypadku chyba nie trzeba za wiele wyjaśniać. Pewnie wiele osób czuło to samo. Wstrząsająca lektura, którą polecam wszystkim. Polecam? Pff... Po prostu trzeba przeczytać. 

"Karolcia" to typ z nieco innej paczki. Wspaniałe i beztroskie czasy podstawówki dawno minęły, a ta lektura mimo wszystko pozostała. Idealna dla młodszych czytelników, zachęcająca do dalszego zagłębiania się w świat literatury. 

Z "Władcą Pierścieni" miałam wyjątkowe szczęście, gdyż książka nie należy do kanonu lektur szkolnych, jednak przez moją polonistkę została mimo wszystko wybrana jako jedna z lektur dowolnych za co jestem jej ogromnie wdzięczna. "Drużyna Pierścienia" to początek niesamowitej uczty literackiej nie tylko dla fana fantastyki, ale i dla każdego czytelnika.

"Ania z Zielonego Wzgórza" to kolejny typ z nieco młodszych lat. Wspominam bardzo miło, mimo że została przeczytana przeze mnie trochę później. Niesamowite przygody, niesamowita Ania dają niesamowitą książkę. Bawi, wzrusza i uczy.

Teraz przejdźmy do najgorszych lektur szkolnych:

Na pierwszym miejscu znajdzie się "Stary człowiek i morze" Hemingway'a. Lektura strasznie męcząca, ledwo sama dobrnęłam do końca. Bez żadnej akcji, wlokąca się niemiłosiernie. Doceniam płynący z niej morał, jednak nie za taką cenę. Absolutny zniechęcacz do literatury.

Na drugim uplasował się niestety mój ukochany Sienkiewicz z powieścią "W pustyni i w puszczy". Zbyt rozległe opisy miejsc oraz przyrody przeszkadzały mi w dalszej wędrówce przez książkę. Na dodatek taka rozbudowana pod tym względem lektura zdecydowanie nie powinna być przerabiana w piątej klasie. Na dodatek z własnego doświadczenia wiem, że może przyczynić się do odstawienia literatury na dłuższy czas. Dobrze nie wspominam, film natomiast polecam :)

"Dziady", czyli kolejna lektura z serii ciężki i niezrozumiałych jak na czasy, teraz zwanej gimbazy. Mimo podziału na role i braku wszelkich opisów i tak jakoś niemiło ją wspominam. Dzisiaj przerabiając ją na nowo, czyta mi się o wiele lepiej, jednak sennych koszmarów nie zapomnę związanych z tą książką.

I tu chyba wszystkich zaskoczę moim wyborem jakim jest "Mały Książę". Lektura spodobałaby mi się o wiele bardziej gdyby te wszystkie wartości jakimi została obsypana ta powieść miały zupełnie inne tło. Sposób opowiedzenia i ukrycia tego wszystkiego co w życiu ważne przypadło mi do gustu, sam Mały Książę już nie.

A jakie są wasze ulubione i znienawidzone lektury szkolne? 

sobota, 6 września 2014

Pierwsza i chyba niestety ostatnia akcja "Przygarnij książkę" ("Pasja-czytania" Łódź) - krótka relacja

O rety... Chyba nigdy na moim blogu nie pojawił się tak długi tytuł posta, ale no cóż, musi być w końcu ten pierwszy raz. Długo nie pisałam, długo nie dawałam znaku życia z powodu braku pomysłu na posty. Nic ciekawego się ostatnio nie wydarzyło (aż do wczoraj) i w sumie nie potrafiłam znaleźć potrzeby pisania. Zamknęłam się i na nowo otworzyłam wczorajszego dnia. Przejdźmy, jednak do tematu dzisiejszej notki, którym jest antykwariat w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 132 "Pasja-czytania". 

sobota, 23 sierpnia 2014

O strasznościach ("Pani Bovary")



"Pani Bovary" Flauberta nigdy nie wpadłaby w moje ręce, gdyby nie lista BBC, na której ona figuruje. Tak naprawdę nie wiedziałam czego się spodziewać, gdyż opis z okładki mówił jedynie o niezwykłej urodzie głównej bohaterki. Książkę wzięłam na chybił trafił. I niestety żałuję, że w ogóle się za nią zabrałam. Żałuję nie dlatego, że jest ona niezwykle nudna, źle napisana czy bez jakiegokolwiek sensu, a dlatego, że bije z niej taka niesprawiedliwość losu i życia ludzkiego, że jest to aż dla mnie niepojęte. Nic dziwnego, że wywołała wrzawę po wydaniu, gdyż nawet we mnie krew się buzowała, podczas patrzenia na kolejne poczynania tytułowej bohaterki, ale zacznijmy od początku. UWAGA!!! SPOILERY w poście!!

Wszystko rozpoczęło się od spotkania Emmy z Karolem Bovary. Mężczyzna oczarowany jej urodą i wdziękiem po kilku takich spotkaniach poprosił jej ojca o rękę. Ten patrząc na Karola pod każdym kątem zwłaszcza majątkowym zgodził się na zawarcie małżeństwa. Emma niedługo rozkoszowała się związkiem z panem Bovary, gdyż szybko poznała jego największe wady i zalety, które od razu zaczęły jej przeszkadzać, aż w końcu całym sercem znienawidziła swojego małżonka. O swoim wielkim cierpieniu i nieszczęściu, Emma za wszelką cenę chciała powiadomić innych, jednak zamiast poinformować o tym cały świat postanowiła znaleźć powiernika swoich wszelkich tajemnic i właśnie tym sposobem natrafiła na Leona. Przygoda nie trwała długo. Później wpadła na Rudolfa, jej pierwszego kochanka i od tamtej pory nie cofała się przed niczym zapominając o wszelkich środkach ostrożności. Aż w końcu sama nie wiedząc, swoim zachowaniem i czynami zbliżała się do powolnej autodestrukcji.

Flaubert zszokował mnie pesymistycznym rozwiązaniem całej książki. Do dzisiaj, do teraz nie mogę uwierzyć w niesprawiedliwość losu i świata powieści "Pani Bovary". A może mylę się i jednocześnie taka sytuacja miała swoje odzwierciedlenie w naszym społeczeństwie? Zastanawiam się czy ta książka jest tak odrealniona czy tak prawdziwa?
Ci co czytają wiedzą, że w literaturze głównie, lecz nie zawsze, dobro zwycięża ze złem, a każdego spotyka zasłużona za swe czyny kara bądź nagroda. Lecz wiemy, że taka kolej rzeczy nie zawsze przychodzi w naszym świecie i wiele rzeczy uchodzić innym na sucho. Tak też i właśnie dzieje się w książce "Pani Bovary" kiedy to główna bohaterka najpierw zdradza, oszukuje, zaciąga długi na dobrego, uczciwego i kochającego męża, a potem nie potrafi zmierzyć się z konsekwencjami swoich czynów, nie wiedząc że pociąga na dno nie tylko siebie, ale też i innych. Może właśnie jej decyzja to pewnego rodzaju kara, która nie wiedzieć czemu dotyka również ludzi dobrych i uczciwych.

Główna bohaterka za każdym razem wywoływała u mnie tyle niechęci i odrazy, że momentami musiałam przerywać czytanie. Dla mnie niepojęty był jej totalny brak empatii. Myślała tylko o sobie i o własnym wyolbrzymionym cierpieniu. Dodatkowo nie mogłam znieść sposobu w jaki zdobywała wszystkie przychylności, a mianowicie poprzez swoje piękno i wdzięk. Naprawdę kulminacja tego wszystkiego była straszna, a droga przez książkę ciężka, jednak dla własnej satysfakcji i sumienia postanowiłam wytrwać do końca.

"Pani Bovary" to naprawdę nie jest zła książka, jednak przez emocje, które mną targały podczas czytania, nie będę dobrze jej wspominać i z pewnością do niej nie wrócę. Ma w sobie jednak wiele do odkrycia i można się nad nią sporo zastanawiać, dlatego uważam, że mimo wszystko warto się z nią zapoznać. Ja mimo tego co pisałam na początku nie żałuję, że ją przeczytałam. Wydaję mi się, że po prostu nie przypadła mi do gustu i takie obroty sprawy, jakie miały miejsce w książce nie wywołują u mnie pozytywnych uczuć. Z własnego doświadczenia nie będę ani polecać ani odradzać. Decyzję pozostawiam wam :) 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Serialowo, kryminalnie, czyli True Detective


Seriale jakoś nigdy nie były wielką częścią mojego życia. Tak naprawdę nie potrafiłam się zmobilizować do oglądania konkretnego tytułu w TV, gdyż praktycznie zawsze coś mi wypadało i omijałam kilka odcinków. Bardzo fajną opcją są strony internetowe z poszczególnymi serialami, które możemy oglądać jak i płyty z wszystkimi odcinkami na DVD. To pozwala na poznawanie dalszych losów kiedy i gdzie chcę. W taki też sposób obejrzałam w tegoroczne wakacje "True Detective", o którym wam dzisiaj trochę opowiem. 

Szukając czegoś ciekawego na wakacje przejrzałam rankingi seriali, recenzje, opinie. Wiele słyszałam już o "Sherlocku", "Breaking Bad", "Suits" i wiedziałam, że są to tytuły warte uwagi, jednak chciałam czegoś zupełnie innego i trafiłam na "True Detective" co było strzałem w dziesiątkę. 

Już na początku spodobała mi się obsada oraz fabuła. Wiedziałam, że to będzie coś dla mnie i nie myliłam się. Od pierwszych odcinków mamy okazję wdrożyć się w życie i problemy dwóch głównych detektywów. Z czasem zostajemy wtajemniczeni w sprawę, która tylko z pozoru wydaje się całkiem zwyczajna, jednak morderstwo kryje za sobą drugie dno. A to jest dopiero wierzchołek góry lodowej. 


Od razu zaznaczam, że serial nie jest dla ludzi, którzy spodziewają się nie wiadomo czego. Godzinnych fajerwerków, karamboli, strzelanin niestety w "True..." nie znajdziecie. Właśnie serial moim zdaniem charakteryzuje się tym, że jest odpowiednio wyważony, subtelny, mimo tej swojej całej kryminalnej otoczki. Dużą rolę odgrywa fantastyczny klimat, który podobnie jak morderstwa i kolejne poszlaki utrzymywał mnie przy serialu i wręcz zmuszał do oglądania odcinków od razu po sobie. Na wręcz ogromne brawa zasługuje obsada. Zarówno Woody jak i Mattew dali z siebie wszystko. Bez nich ten serial nie byłby choć w połowie taki cudowny jaki jest. Przyznam się szczerze, że nie wyobrażam sobie kolejnych sezonów bez tej dwójki, a jak już wiadomo producenci zamierzają każdy kolejny sezon obsadzić zupełnie innymi aktorami i stworzyć zupełnie inną historię. Pomysł dosyć ciekawy, z niecierpliwością czekam na drugi sezon, jednak bardzo, bardzo będę tęsknić za niesamowitym duetem z pierwszego. 

Do pierwszego sezonu "True Detective" z pewnością jeszcze kiedyś wrócę. Naprawdę nie spodziewałam się, że serial aż tak bardzo przypadnie mi do gustu. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Polecam, jednak również zaznaczam, że nie każdemu może się spodobać. Po prostu trzeba wczuć się w ten klimat, w tę fabułę :) 

PS Najlepsza wejściówka jaką widziałam ;) 

niedziela, 17 sierpnia 2014

Amelia, Bebe, Bernard... czyli problemy z Jeżycjadą


Właśnie skończyłam kolejną część serii polskiej pisarki Małgorzaty Musierowicz, a mianowicie "Brulion Bebe B." i naszła mnie taka dziwna myśl, a raczej uświadomiłam sobie pewien fakt. Po jednym przeczytaniu aż sześciu tomów wszystkie zlały mi się w całość, podobnie jak bohaterowie. Pogubiłam się nawet w czasie, gdyż w "Brulionie..." moja ukochana Cesia ma już dzieci. Co najważniejsze nie czytałam wszystkich tomów po kolei tylko w różnych odstępach czasu, a mimo to i tak gubię się w bohaterach. Nie potrafię sobie przypomnieć czy oni już się we wcześniejszych częściach pojawili, czy może dopiero teraz zostali wprowadzeni... 

Czasami jest mi przykro, czasami źle, że z moimi ulubionymi postaciami mam okazję spotkać się jedynie na pojedynczych stronach. Z drugiej jednak strony dobrze jest poznać kogoś nowego. Jednak też niekoniecznie da się ta osoba lubić. Uwierzcie mi, że coraz mniej podoba mi się ta koncepcja wpychania bohaterów na siłę. Ucieszyłam się, że Aniela z "Kłamczuchy" grała w "Brulionie..."jedną z głównych ról. Miło było znów o niej poczytać. 

Piszę to wszystko w pewnej obawie przed przyszłymi częściami, których czeka mnie całkiem sporo. Czy jeszcze spotkam się z Cesią, Anielą, Dmuchawcem czy nawet Beatą? Słyszałam, że "Noelka" fajna część. Jestem ciekawa kogo tym razem spotkam, a może znów pani Musierowicz zaskoczy mnie kimś nowym :) "Jeżycjada" to dla mnie zawsze jedna wielka niewiadoma. 

piątek, 15 sierpnia 2014

Gdzie jesteś Amy?


Kupno tej książki było całkowicie spontaniczną akcją. Na wyjazd wzięłam mnóstwo powieści z półek, jednak jak się później okazało nie miałam co czytać, gdyż moja kochana mama albo sama się za nie wzięła albo porozdawała innym. Jak wiadomo, leżenie na plaży i smażenie swojego ciała nigdy nie byłoby tak przyjemne, gdyby nie książka, a ja zostałam jej okrutnie pozbawiona. Uratował mnie wyjazd do pobliskiego centrum handlowego i odwiedziny matrasa, w którym szczęśliwie odnalazłam tę powieść na półce. Z satysfakcją i wielkim uśmiechem na twarzy, po powrocie zasiadłam na leżaczku i rozpoczęłam czytanie, jednak jeszcze w między czasie uświadomiłam sobie, że będę miała kolejną powieść w mojej biblioteczce, a to oznacza zrobienie jej miejsca, co będzie bardzo trudnym zadaniem i chyba będę musiała od nowa zrobić tam porządek, ale co tam... Ogólnie zauważyłam też, że coś strasznie wzięło mnie na kryminały i ten trans nadal trwa, więc jeśli znacie jakieś naprawdę dobre, warte uwagi to proszę was bardzo o tytuły w komentarzach. Będę wdzięczna :) 

Wróćmy na razie do książki. 
Początki są ciężkie, a nawet bardzo ciężkie, zwłaszcza w mojej obecnej sytuacji, czyli stanie totalnego braku cierpliwości. Jednak Gillian Flynn gładko i sprawnie wprowadza nas w życie głównych bohaterów, małżeństwa Amy i Nicka, które tylko z pozoru wydaje się piękne i bez żadnej skazy. Przystępnym językiem opisuje różne momenty znajomości Amy i Nicka. Obraz idealnej bajki psuje nagłe zniknięcie Amy, a wszystkie dowody wskazują na jej męża. Jednak czy rzeczywiście on jest właściwym mordercą? Amy zginęła czy zaginęła? Oto jest pytanie. Dwójka detektywów oraz media nie dają za wygraną i starają się za wszelką cenę dowieść prawdy, która w ich mniemaniu jest tylko jedna. Jak cały ten koszmar zakończy się dla Nicka? 

"Zaginiona dziewczyna" wywołała we mnie wiele sprzecznych i mieszanych uczuć, gdyż autorka bawi się naszymi emocjami niczym siedmiolatek klockami Lego. Wprowadza tyle zamieszania, nowych podejrzeń, dowód, że już niczego nie możesz być pewny. Każda kolejna strona zaskakuje, szokuje i zmienia nasze nastawienie do wielu spraw związanych ze śledztwem. Naprawdę ciężko mi podawać konkretne przykłady, gdyż wszystkie okazałyby się bardzo ważnymi  kwestiami w fabule. Osoby, które chcą ją przeczytać bądź są w trakcie chyba zabiłyby mnie za ujawnienie zakończenia, które uwierzcie mi jest zaskakujące. Nie mogłam wyjść z podziwu dla takiego obrotu spraw. 

Podziwiam również autorkę za ciekawe i bogate portrety psychologiczne głównych bohaterów. Mimo, że zachwycam się tą książką, nie obeszło się również bez zgrzytów. Wiele poprowadzonych akcji po prostu mi się nie spodobało, zwłaszcza w przypadku Amy. Nie chcę za wiele zdradzać, dlatego napiszę jedynie, że w jej przypadku autorka dochodziła do przesadyzmu. Zakończenie również na początku bardzo nie przypadło mi do gustu oczekiwałam sprawiedliwości, której trzymała się cała książka. Jednak zaczęłam się nad nim mocno zastanawiać i stwierdzam, że takie było najodpowiedniejsze, zwłaszcza po myśli Nicka, którą wyjawił dopiero pod koniec. 

Teraz nawiała mnie taka myśl, że "Zaginiona dziewczyna" to nie kryminał, a porządny thriller psychologiczny, który z całego serca polecam każdemu. Już dawno nie czytałam tak dobrej książki. Pozostało mi tylko teraz oczekiwać premiery filmu na podstawie tej powieści, którego reżyserem jest sam David Fincher. Film po prostu nie może się nie udać. Jestem go bardzo ciekawa. Już zacieram rączki, a wy? ;) 


Za Benem Affleckiem nie przepadam, jednak nigdy nie mów nigdy. Być może w tej roli będzie niezastąpiony? Plakat bardzo mi się podoba. Mam nadzieję, że całość wyjdzie świetnie. Kino w październiku na pewno odwiedzę ;) 

wtorek, 12 sierpnia 2014

"Bezczas"? A może jednak?

Stęskniłam się.
Stęskniłam się za wszystkim, a zwłaszcza za posiadaniem choć odrobiny wolnego czasu. Serio. 
Wróciłam do choć minimalnej normalności. 
Mojej rozpaczy, totalnego braku szczęścia i zrozumienia nie da się opisać słowami. Po za tym nawet nie chcę o tym pisać. Nie chcę by ktoś wiedział, nie chcę by ktokolwiek wiedział o moim powolnym psuciu się od środka (ale piszę o tym tutaj ;)). Na razie żyję, jeszcze. Później kto wie co się może zdarzyć, ale wróćmy na chwilę do tego co jednak dało mi jakąkolwiek radość i satysfakcję, podczas tych jakże wspaniałych wakacji. 

Pokochałam filmy. Często odnoszę takie wrażenie, że miłość z książek przeniosła się na te zlepki scen, bo póki co w te wakacje lektur w ogóle nie czytam, natomiast filmy, seriale lecą w każdej wolnej chwili. Zdarzają się lepsze, zdarzają się gorsze, jednak są obecne, są razem ze mną i uszczęśliwiają mnie. Książki w ogóle. W ich przypadku, pogubiłam się. Nie wiem czy to ja nie chcę ich, czy to one nie chcą mnie. Jak żyć? 
Jedynie ślamazarnie udało mi się do końca przebrnąć przez "Milczenie" Jana Costina Wagnera. Niezwykle gorzki, smutny, sam w sobie dosyć nieciekawy, jednak z dobrym przesłaniem kryminał. Spotkałam się chyba z najgorszym śledztwem z jakim miałam do czynienia. W sprawie nic się nie zmienia przez 180 stron, a zakończenie... Ehh sami sprawdźcie. Ogólnie interesujący był finał, jednak całość strasznie kuleje podobnie jak bohaterowie. Dziwny i niewzbudzający żadnych emocji był sam morderca, dlatego o reszcie wolę nawet nie wspominać. Bardzo, bardzo, bardzo się przemęczyłam. Nic mnie przy niej nie trzymało, gdyż już od samego początku wiemy kto jest mordercą. Tak naprawdę nie rozumiem jej fenomenu. Dobra książka to taka, która jest dobra od początku, do końca. Niestety "Milczenie" nie spełniło tych wymagań. Wręcz przeciwne. Ogólnie nie polecam. 
Obecnie czytam "Zaginioną dziewczynę" Gilian Flynn i naprawdę bardzo mi się podoba, jednak ciągle przegrywa walkę z filmem, serialem i od dłuższego czasu tkwię w jednym fragmencie. Do kupienia jej popchnął mnie fakt iż 10 października będzie miała miejsce premiera filmu na podstawie tej powieści w reżyserii Davida Finchera, który nie przestaje mnie zaskakiwać. Może teraz zmobilizuję się do skończenia jej. 

Przejdźmy teraz do wylewania (nie tylko) małych żali na temat filmów. W końcu udało mi się w małym stopniu nadrobić swoje dość spore zaległości. Do poznanych należą: 
"Wilk z Wall Street" Mocny. To jedno słowo trafnie opisuje cały film. Genialna gra aktorska, całość ciekawa. Aż dech zapiera fakt iż to wszystko wydarzyło się naprawdę. W zupełności na 9 zasługuje. Dziwię się brakiem Oscara dla Leonarda za tę rolę. Głupie rozdanie Oscarów.
"Wielki Gatsby", czyli Di Caprio po raz drugi. Tak samo cudowny, jednak w nieco gorszym tle. Trwa prawie tyle samo co czytanie książki. Zbyt rozciągnięty, zbyt kolorowy, zbyt przesycony wszystkim, ale jednak też na swój sposób piękny. Po obejrzeniu czułam wielki niedosyt i rozczarowanie. Naciągana 7 leci.

Po za ładnym plakatem i równie ładnym Jonem Snowem nie ma w tym filmie nic wartego uwagi. "Pompeje" to absolutna porażka kinowa ostatnich miesięcy. Nie polecam, odradzam.
"Podziemny krąg" Zaskakujący, ale i również fantastyczny. Naprawdę warto zapoznać się z tym filmem. Brad Pitt niezastąpiony. 10/10

Obejrzałam jeszcze wiele innych, jednak może o nich zrobię oddzielny post.
W końcu udało mi się zapoznać z "Detektywem", niesamowitym serialem, o którym jeszcze napiszę. Zasługuje zdecydowanie na więcej niż tylko dwa słowa.

Zauważyłam również, że kilka osób, niestety mnie opuściło, a liczba obserwatorów zmniejszyła się. Mhm... Trochę zasmucające, troszkę motywujące. Nie poddaję się. Postaram się wymyślić coś nowego :) Tymczasem lecę grać w Tomb Raider. 

czwartek, 17 lipca 2014

Po jednej książce, nic już nie jest takie same

Uwielbiam wakacje, podczas których to mogę robić (czytać) co tylko mi się podoba. Już od ich rozpoczęcia mocno zabrałam się za książki i w pewnym momencie stanęłam. Stanęłam w miejscu i nie mogłam nic ruszyć, a wszystko to trwa do dzisiaj. Nawet ukochana "Jeżycjada" mi "nie wchodzi". A to wszystko zaczęło się od ukończenia czytania "Morderstwa w Orient Expresie" Christie, które absolutnie mnie oczarowało, ale nie na tyle by wszystko inne dookoła tak mi obrzydło.
Chcąc przełamać ten kryzys czytelniczy zabrałam się za wychwalaną przez wszystkich "Jane Eyre". Spodziewałam się lektury na miarę "Wichrowych wzgórz", niestety gorzko się rozczarowałam. Chyba jak nigdy.
Długie opisy jakoś nigdy mi nie przeszkadzały, a wręcz przeciwnie dodawały uroku książce jak i fabule. W tym przypadku nie mogłam ich znieść, podobnie jak i narracji w pierwszej osobie. Książka jest aż do bólu nudna i zdecydowanie za długa. Uważam, że spokojnie można ją było skrócić do 300 stron (moje wydanie posiadało 606). Po za niezwykłą rozwlekłością i niezwykłym rozczarowaniu z mojej strony, ubolewam nad samą historią, która absolutnie mnie nie porwała. Nie wspomnę już nawet o początku, który zamiarowałam już kilka razy porzucić, jednak ciągle miałam nadzieję, że w jakikolwiek sposób akcja ruszy naprzód.
Samą Jane raz lubiłam, raz nienawidziłam, a nieraz mnie mocno denerwowała i nadal mam w stosunku do niej mieszane uczucia.
Książka niesie ze sobą wiele życiowych wartości, jednak moim zdaniem dobra powieść to taka, która zawiera w sobie wszystko. Dobrą treść, bohaterów, fabułę i przesłanie. "Jane Eyre" niestety, w moich oczach na to miano nie zasługuje. Po tak nieudanym spotkaniu z żalem i bólem odkładam książkę na półkę.
Aż się boję sięgać po "Vilette". Zamiaruję również dać sobie spokój z kupnem wszystkich powieści sióstr Bronte. 

czwartek, 10 lipca 2014

10 filmów, które muszę obejrzeć na wyjeździe

Coroczny wyjazd nad morze (do tego samego miejsca) to już nasza rodzinna, wakacyjna tradycja. W związku z tym, że samą miejscowość znam od podszewki, postanowiłam dla zabicia nudy stworzyć małą listę filmów, które będę miała okazje tam obejrzeć. 

"The Great Gatsby" to produkcja z Leonardem Di Caprio, którą miałam w planach obejrzeć już od samej daty premiery. Niestety złożyło się tak, a nie inaczej, że jakoś nigdy nie miałam na nią czasu. Zawsze jest coś ważniejszego. Teraz to zmienię. 

"American Hustle", czyli nowa, głośna, amerykańska produkcja z świetną obsadą. Jestem bardzo ciekawa samego filmu, jak i postaci stworzonych przez Coopera, Adams, Lawrence i Bale'a. 

W tym przypadku, chyba nie trzeba za wiele dodawać. Podobno produkcja warta obejrzenia. Dwa Oscary dla Leto i McConaughey mówią same za siebie. 

Genialna Audrey Tatou w roli Coco Chanel? Po prostu trzeba obejrzeć! 

Leo po raz drugi. Bardzo lubię tego aktora, dlatego jestem bardzo ciekawa jego udziału w najnowszym filmie. 

Chciałabym obejrzeć nawet nie samo "Okno na podwórze", ale też i inne produkcje Hitchcoocka. "Psychozą" jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Mam nadzieję, że z resztą będzie podobnie. 

"My Fair Lady" z Hepburn podobnie jak wszystkie inne z jej udziałem, których jeszcze nie miałam okazji poznać. 

Koniecznie muszę obejrzeć. "The Faul in Our Stars" w wersji papierowej jest po prostu genialna i z pewnością należy do moich ulubionych. Czy podobnie będzie z ekranizacją? 

"Into the Wild" podobno zmienia spojrzenie na świat i własne życie. Większej rekomendacji mi nie potrzeba.  

"The Book Thief" - Niesamowita książka. Oczekuję takiego samego filmu. 

Z mojego małego spisu wynika, że pragnę nadrobić nowsze produkcje, jednak nie martwcie się znajdę również czas dla jakiegoś starego filmu z Bogartem, Hepburn, Monroe czy Newmanem. 

czwartek, 3 lipca 2014

Oczami dziecka


Od razu po skończeniu tej książki wiedziałam, że ona koniecznie będzie musiała się tutaj znaleźć... Zasługuje na to... Zasługuje na napisanie o niej, choćby kilku słów. Drugiej takiej nie spotkam.
Ciężko. Jest mi bardzo ciężko cokolwiek mądrego o niej napisać, gdyż nie zdołam odpowiednio ubrać w słowa to co czuję. Jedno wiem na pewno. Uwielbiam Zusaka i bardzo, bardzo dziękuję mu za tę książkę, za niesamowitą przeprawę przez III Rzeszę w II wojnie światowej widzianą oczami dziecka i za zupełnie inną, ciekawą narrację, do której na samym początku nie byłam przekonana, ale która zdołała podbić moje serce. 
Jedyna, taka niepowtarzalna. Warta uwagi. 
Zaskakujące jak człowiek w ważnych sytuacjach swojego życia nie potrafi nic z siebie wykrzesać. Ta książka zbiła mnie z nóg, co samo przez się powinno być rekomendacją.  
Czytajcie, polecajcie, przekazujcie. 

piątek, 27 czerwca 2014

Nieśmiertelna Perła, jej załoga i Jack, Jack Sparrow

Po kilku poważnych przemyśleniach, stwierdzam, że mój gust jest po prostu dziwny.
Muzykę uwielbiam elektryczną, taką trochę klubową. Postanowiłam, że nie będę o niej wspominać na blogu, gdyż nie pasuje ona do tutejszego, spokojnego klimatu. Mimo bardzo, bardzo lubię, podobne jak inne remixy (pisownia?). Wyjątkiem jest Podsiadło, Lana i Florence, chociaż małe przeróbki ich piosenek wolę bardziej od oryginałów. 
Np. ciągle słucham:
zrobię jeden, mały wyjątek ;p
Książki to w moim przypadku temat rzeka. Tak naprawdę sięgam po wszystko, a podobają mi się bardzo różne od siebie powieści z zupełnie innych gatunków. Strasznie zastanawiająca sprawa... Ciągle nie wiem czym tak naprawdę kieruję się w ich upodobaniu.
Natomiast filmy to zupełnie inna sprawa. Mimo, że nie lubię tracić czasu na rzeczy, które mi się w życiu nie przydadzą, tak akurat filmy traktuję jako drobne grzeszki. Sięgam zwykle po takie, w których się całkowicie zatracę bez zbytniego otwierania umysłu podczas oglądania. Ostatniego weekendu tak naprawdę nie pamiętam, po za wtórną, niesamowitą przygodą z Jackiem Sparrowem.
W dzisiejszym poście chciałabym napisać trochę o jednej z moich absolutnie ulubionych serii, a mianowicie "Piratach z Karaibów".


W weekend postanowiłam, że zrobię sobie powtórkę tej już trochę zapomnianej serii. Wciągnęłam się na nowo. Ponownie oczarowałam się niesamowitymi kostiumami, klimatem i oczywiście genialnym Johnnym Deppem w roli Jacka Sparrowa. Uwielbiam go. Gdyby nie jego obecność, ten film nie byłby choć w połowie tak wspaniały jak jest teraz. Stworzoną postacią zaskarbił sobie szczególne miejsce w moim sercu. Od "Piratów..." tak naprawdę zaczęło się wielkie uwielbienie i szacunek dla tego aktora. Jest on bardzo mocnym punktem produkcji, ale nie jedynym.
Na duże uznanie zasługuje również cała ekipa Czarnej Perły, która bawi i wzrusza przez wszystkie cztery części. Elisabeth i Will to jedyny trwały wątek romantyczny, który mi osobiście nie przeszkadzał, ale i średnio przypadł do gustu. Byli mi całkowicie obojętni i chyba mnie jako jedynej nie poruszył fakt ich braku w "Na nieznanych wodach". Najważniejsze, że Depp cały czas gra i trzyma klimat. Nie wyobrażam sobie bez niego żadnej części.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to jakieś ambitne kino z górnej półki, jednak mimo wszystko bardzo, ale to bardzo, bardzo mi się podoba. Poczułam wewnętrzną potrzebę napisania tego na blogu, gdyż zauważyłam, że często ludzie obrażają innych za gust. Jak może Ci się podobać to, tamto. Powinieneś czytać, oglądać to, tamto albo po co poznawać coś co już wszyscy znają? Bo czasami warto, a nuż odkryjemy coś, co nas szczególnie zauroczy. Zauważyłam, że nawet w bestsellerach zdarza się spotkać coś wspaniałego. Sama do niedawna twierdziłam, że nie warto tego, tamtego, bo popularne, wszyscy już oglądali, bądź oryginalna. Ale po co? Sięgaj po to na co masz ochotę, to co podpowiada ci przeczucie i serce. I tego będę się trzymać do samego końca :) 

wtorek, 24 czerwca 2014

Pożółkła kartka papieru

II wojna światowa to okrutny i przerażający okres czasu, o którym wolelibyśmy zapomnieć, jednak nie zdołamy zamazać z kart historii jego istnienia. Wielu ludzi zostało straconych na rzecz chorych ambicji jednego, niedowartościowanego człowieka i jego wyznawców. Wielu to za małe słowo, aby opisać skalę szerzących się w tamtych czasach morderstw. Tak naprawdę żadna liczba, żaden wyraz nie jest w stanie opisać wielkość tamtejszej zagłady ludzkości. Milion, dwa miliony, czterdzieści pięć milionów. Dla nas są to tylko nic nie znaczące liczby. Aby w pełni zrozumieć ich sens musimy mieć to przed oczyma. Na początek wyobraźmy sobie pokój wypełniony setką ludzi. Kobiet, mężczyzn. Sto osób. Duża liczba. Pomnóżmy ją teraz przez trzy. Wyjdzie nam dzienna ilość zgonów podczas epidemii tyfusu w obozie zagłady w Brzezince. A wszystko to, a nawet więcej opisane w książce Zofii Kossak-Szczuckiej, kobiecie, której udało się przeżyć ten okropny obóz. Wszystkie przeżycia z tego przerażającego miejsca możecie przeczytać w "Z otchłani" jej autorstwa.

Zofia Kossak-Szczucka to niezwykła kobieta, która wiele w swoim życiu przeżyła. Te straszne chwile postanowiła spisać i wydać w postaci książek, które do dzisiaj stanowią ważne źródła historyczne. Brała również czynny udział w powstaniu warszawskim, a w czasach II wojny światowej stworzyła Radę Pomocy Żydom "Żegota". Jak widać nie była tylko niesamowitą pisarką, ale i postacią historyczną.
"Z otchłani" jest jedną z wielu książek opisujących życie w obozie koncentracyjnym. Jednak w tym przypadku dzieje spisuje sam świadek wydarzeń.
Każdy rozdział szokuje, brutalnie wciąga nas w obozowe życie i wywołuje wewnętrzny ból pomieszany z wyrzutami sumienia. Z jakiej racji my możemy normalnie żyć, zmagać się z błahymi problemami, kiedy Ci ludzie każdego dnia toczyli walkę o siły, pożywienie, życie. Naprawdę, mamy wielkie szczęście przebywania w takich czasach, w których możemy praktycznie wszystko.
Najbardziej zadziwiająca jest ta wszechobecna nienawiść, sadyzm i brak jakiejkolwiek empatii dla biednych i bezbronnych ludzi w obozach, których Niemcy gorzej traktowali niż psy. Brak szacunku dla zmarłych i żyjących. To co Niemcy wyprawiali z tamtejszymi ludźmi przechodzi jakiekolwiek pojęcie. Dlatego tym bardziej podziwiam osoby, które mimo wszystko walczyły z przeciwnościami losu i trwały, trwały w tej strasznej, brutalnej walce o każdy kolejny dzień.
Wydarzenia opisane są z punktu widzenia katoliczki. Bóg obecny jest w każdym aspekcie życiowym ludzi przebywających w obozie. Trafne pytanie zadawane do siebie i do Boga, wywołują wiele refleksji dla nas jak i dla tamtych osób. Jedni się nawracają, inni przestają wierzyć, a jeszcze kolejni stają się zupełnie obojętni. Obóz zmienia. Zmienia na całe życie.

"Z otchłani" to książka, którą po prostu trzeba przeczytać. Powinniśmy wiedzieć z czym na co dzień do czynienia miały osoby w obozach koncentracyjnych. Wspominać, pamiętać i doceniać. 

piątek, 20 czerwca 2014

Krótki przegląd w lustrze

Tytuł dzisiejszego tekstu miał być zupełnie inny. Zmieniłam zdania z powodu własnego, jednakże słusznego krytycyzmu. Autora chyba nie powinno się oceniać po jednej przeczytanej powieści?
Uważałam tak od samego początku. Rzadko jakiemu autorowi udało się zmienić moją opinię. Nadzieję zawsze pozostawały, jednak szybko ulatywały.
Ze Schmittem jest inaczej. "Trucicielka" cudowna, została w głowie. "Kobieta w lustrze" zawiodła. Czemu?


Schmitt po "Trucicielce" zyskał w u mnie szacunek, za długą na tle inny notę od autora, w której to mogłam przeczytać banalne, trochę oczywiste, ale też i niezwykle mądre spostrzeżenie. Sztuką nie jest zawarcie tego co się miało do powiedzenia w 800 stronach, a w 70, dlatego on i pozostaje wierny krótkiej formie jaką jest opowiadanie. 
Moje rozczarowanie pojawiło się już wraz z dotknięciem egzemplarza "Kobiety w lustrze" i dostrzeżenia jej sporej objętości. Rozpoczęły się pytania: Schmicie, czy to rzeczywiście ty? 
Mój zawód pogłębił się wraz z przeczytaniem pierwszych pięćdziesięciu stron. Tego nie czytało się przyjemnie. Mimo jakiejś wartości życiowej jaką niesie ta książka, autor kompletnie zapomniał o stronie technicznej. Jakby na siłę tworzył coś, w co wciśnie swoje mądrości. Na początku po prostu czuć było te niezwykle sztuczne dialogi i dziwne relacje między bohaterami powieści. Trochę nad tym ubolewałam, jednak później wszystko zaczęło mieć ręce i nogi, wyglądało i czytało się o wiele lepiej. 

Największą, jednak zagadką całej powieści był sposób w jaki Schmitt połączy historie trzech, jedynie z pozoru różnych od siebie kobiet. Każda swoimi czynami, usposobieniem wnosiła coś ciekawego do całości. Z wielką dokładnością doszukiwałam się podobieństw. Pod koniec, jednak wszystko było jasne. 
Szkoda było, że Schmitt ostatnim rozdziałem wytłumaczył i pokazał to co chciał przekazać. Nie zostawił tajemnicy do rozwiązania czytelnikowi tylko podał ją mu na tacy. 
Jednak po za finałem, z książki można wynieść o wiele, wiele więcej. 
Najbardziej szokująca i tajemnicza pozostała jak dla mnie historia Anne. Jej czyny i słowa z pewnością zapamiętam na dłużej. 

Książkę uważam za jedną z dziwniejszych jakie w życiu przeczytałam. Brakowało mi szczególnie jakiś emocji, które towarzyszyłyby mi w wędrówce przez powieść. Jednak, mimo wszystko nie żałuję i cieszę się, że poznałam inną twarz Schmitta. 

niedziela, 15 czerwca 2014

Pieniądz ponad wszystko

SPOILERY!
Literatura jest piękna, choć nie każdy potrafi ją docenić. Zawsze znajdzie się ktoś kto uparcie będzie twierdził, że nie ma w niej nic wyjątkowego. Wtedy nie należy go winić, a podać do ręki "Przeminęło z wiatrem", a z pewnością jego pogląd się odmieni. 
Zagadka jej wyjątkowości i świetności, w końcu została przeze mnie rozwiązana, a jest nim tylko z pozoru delikatna i niewinna kobietka zwana Scarlett. Tak naprawdę to kobieta huragan. Silny, odważny charakter, którego pozazdrościć może jej nie jeden mężczyzna. Tylko ona potrafi wywołać w mieście ogromny zamęt i poruszenie. Tylko ona jedyna nie liczy się ze zdaniem innych. By osiągnąć swój cel, by zaspokoić swoje największe wymagania jest w stanie zrobić wszystko. 
Pośród wielu krytyków jej niegodnego wielkiej damy zachowania, jest on, Rhett Butler. Zepsuty, szczery łotr, który podobnie jak ona, dla zysku jest w stanie się posunąć do wszystkiego. W nim odnajduje powiernika jej największy tajemnic, brudnych, nieczystych myśli i sekretów jej czarnego charakteru. Tylko on potrafi odgadnąć jej prawdziwe intencje. Potrafi czytać z niej jak z księgi. 

"Gone with the Wind" (1939) 

Za ich burzliwą znajomością rozgrywa się prawdziwa walka o wolność, wolność dla Murzynów. Najazdy Jankesów, bitwy powodują, że już żadne miasto, a zwłaszcza Atlanta nie może czuć się bezpiecznie. Ograbione rodziny z kosztowności, dobytków, a nawet domów, dotyka szerzący się na wielką skalę głód. Nikt z Południowców go uniknąć nie może. Nawet wielka Scarlett. Od tej pory rozpoczyna się walka, walka o życie, w której nie ma miejsca na honor i miłość.

"Przeminęło z wiatrem" to książka przepełniona bólem i cierpieniem. Margaret Mitchell jedynie na początku pozwala nam posmakować lepszego życia mieszkańców Atlanty. Bale, wielbiciele. Wtedy jeszcze nie znamy Scarlett, jeszcze nie wiemy do czego tak naprawdę jest zdolna.
Przez całą książkę autorka bawi się moimi uczuciami względem głównej bohaterki. Podczas czytania byłam rozdarta na pół. Do końca nie wiedziałam, czy Scarlett była i jest potworem, czy tylko ciężkie przeżycia tak, a nie inaczej ukształtowały jej charakter, kierując w złą stronę. Do dzisiaj mam wielki dylemat i nie wiem co mam o niej sądzić. Wszystkie krzywdy, które wyrządziła, wszystkie dobre intencje i gesty, które popełniła nie dały mi jeszcze jednoznacznej odpowiedzi na to kim tak naprawdę była.
Rhetta natomiast było mi tylko szkoda.

Uważam, że tej książki nie można nazwać piękną historią o miłości. Ta miłość tylko pozornie szła z dwóch stron. Zaznała jedynie drobnych, niewielkich chwil szczęścia. Ciągle zadawała sobie ból. Samo zakończenie jest idealnym argumentem na to stwierdzenie.
Ahh to zakończenie. Rozdarło mi serce. Mimo tak wielu przeciwności losu, cierpienia zadanych sobie, chciałam żeby było dobrze, żeby się dobrze skończyło. Pani Mitchell dała jedynie płonne nadzieje na szczęśliwe zakończenie. Ja, jednak po słowach Rhetta wiem, że tym razem pozycja Scarlett w tej bitwie jest przegrana.
Było już za późno.
Wszystko przeminęło.
Przeminęło z wiatrem.
Książka idealnie pokazuje, że droga do pieniądza to droga do niczego. Rozglądajmy, pielęgnujmy to co nas otacza, to co jest dla nas ważne, gdyż później te wspomnienia, te piękne chwile będziemy mogli mieć ciągle przed oczyma. Osiągniemy wtedy pełnie szczęścia i życia.

Moja pierwsza książka "Odnaleziona"