piątek, 20 czerwca 2014

Krótki przegląd w lustrze

Tytuł dzisiejszego tekstu miał być zupełnie inny. Zmieniłam zdania z powodu własnego, jednakże słusznego krytycyzmu. Autora chyba nie powinno się oceniać po jednej przeczytanej powieści?
Uważałam tak od samego początku. Rzadko jakiemu autorowi udało się zmienić moją opinię. Nadzieję zawsze pozostawały, jednak szybko ulatywały.
Ze Schmittem jest inaczej. "Trucicielka" cudowna, została w głowie. "Kobieta w lustrze" zawiodła. Czemu?


Schmitt po "Trucicielce" zyskał w u mnie szacunek, za długą na tle inny notę od autora, w której to mogłam przeczytać banalne, trochę oczywiste, ale też i niezwykle mądre spostrzeżenie. Sztuką nie jest zawarcie tego co się miało do powiedzenia w 800 stronach, a w 70, dlatego on i pozostaje wierny krótkiej formie jaką jest opowiadanie. 
Moje rozczarowanie pojawiło się już wraz z dotknięciem egzemplarza "Kobiety w lustrze" i dostrzeżenia jej sporej objętości. Rozpoczęły się pytania: Schmicie, czy to rzeczywiście ty? 
Mój zawód pogłębił się wraz z przeczytaniem pierwszych pięćdziesięciu stron. Tego nie czytało się przyjemnie. Mimo jakiejś wartości życiowej jaką niesie ta książka, autor kompletnie zapomniał o stronie technicznej. Jakby na siłę tworzył coś, w co wciśnie swoje mądrości. Na początku po prostu czuć było te niezwykle sztuczne dialogi i dziwne relacje między bohaterami powieści. Trochę nad tym ubolewałam, jednak później wszystko zaczęło mieć ręce i nogi, wyglądało i czytało się o wiele lepiej. 

Największą, jednak zagadką całej powieści był sposób w jaki Schmitt połączy historie trzech, jedynie z pozoru różnych od siebie kobiet. Każda swoimi czynami, usposobieniem wnosiła coś ciekawego do całości. Z wielką dokładnością doszukiwałam się podobieństw. Pod koniec, jednak wszystko było jasne. 
Szkoda było, że Schmitt ostatnim rozdziałem wytłumaczył i pokazał to co chciał przekazać. Nie zostawił tajemnicy do rozwiązania czytelnikowi tylko podał ją mu na tacy. 
Jednak po za finałem, z książki można wynieść o wiele, wiele więcej. 
Najbardziej szokująca i tajemnicza pozostała jak dla mnie historia Anne. Jej czyny i słowa z pewnością zapamiętam na dłużej. 

Książkę uważam za jedną z dziwniejszych jakie w życiu przeczytałam. Brakowało mi szczególnie jakiś emocji, które towarzyszyłyby mi w wędrówce przez powieść. Jednak, mimo wszystko nie żałuję i cieszę się, że poznałam inną twarz Schmitta. 

12 komentarzy:

  1. Gdzieś na początku gimnazjum miałam straszną obsesję na punkcie Schmitta, czytałam wszystko, jak leci, a "Kobieta w lustrze" była jedną z moich ulubionych jego książek. Pamiętam, że bardzo podobała mi się historia właśnie Anne i Hanny, nawiązanie do Freuda i psychoanalizy, a książkę czytało mi się doskonale. Wtedy miałam jeszcze te swoje nawyki, że czytałam od razu po przyjściu ze szkoły, z jedną nogawką od spodni ściągniętą i "Kobieta w lustrze" była na tyle wciągająca, że czytałam ją właśnie tak. Ale nie wracam, nie czytam też nowych książek Schmitta, przeszło mi. Schmitt jest mądry chyba tylko w pewnym wieku albo w pewnym czasie, później się z niego wyrasta albo już po kolejnej książce stwierdza się, że to już jest znane i przerabiane. Teraz uważam, że on jest tylko poprawny i jednak dość powtarzalny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałam "Kobiety w lustrze", choć po recenzji widzę, że dużo nie straciłam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Twórczość tego autora nadal przede mną. Jestem bardzo ciekawa jego książek.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziś ja będę tak 3w1:
    1) Kobieta z lustra - zgadzam się z pierwszym komentarzem, po pewnym czasie dochodzi się, że Schmitt to nic nowego i trudno się czymkolwiek zachwycać, choć mam jego jedno opowiadanie, do którego lubię sobie co jakiś czas wrócić. Jednak żeby szukać, czytać dalej - nie ciągnie mnie. Chociaż "Ciekawy przypadek Adolfa H." cały czas stoi na półce i czeka.
    2) Przeminęło z wiatrem - lubię, jak ludzie płaczą i zachwycają się tą książką... I jak wszyscy ją uwielbiają. :-)
    Co do Scarlett - w mojej opinii składa się na to wiele czynników, do jej niezłego charakterku dochodzą doświadczenia, czasy w jakich żyje, przypadkowe zdania pod jej adresem kierowane. I wszystko się miksuje. Jak w życiu. Przecież nikt się nie rodzi potworem.
    Poza tym, jak dla mnie, ona nie miała być aż taka, tylko Mitchell Rett wyszedł za idealny (bo on jest obrzydliwie idealny i taki, jaki powinien być męski bohater w książkach - aż dziwne, że czasem to nie denerwuje, gdyby się tak zastanowić...), więc ją jeszcze bardziej podkręciła, ocierając się prawdziwie o schemat.
    3) Co do naszej rozmowy dot. twych nagłówków (czekam na nowy ;)) to trudno w ogóle mi rozmawiać o roli Vivien w Przeminęło z wiatrem, bo uwielbiam ten film i tę rolę, choć w porównaniu z książką wypadają tak blado i inaczej. Jednak na przykład biorąc pod uwagę Pożegnalny walc i Tramwaj..., to niby w tym pierwszym wypada naturalniej, jednak ogólnie sama rola jak również i jej gra właśnie w Tramwaju mnie zaczarowała.
    A w Blue Jasmine Allen nie jest taki allenowski, więc bez obaw ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1) Też właśnie sobie to uświadomiłam. "Kobieta w lustrze" nie wniosła nic nowego do mojego życia. Podobno "Przypadek Adolfa Hitlera" to dobra powieść, dlatego się skuszę, ale trochę na siłę.
      2) Ohh Rhett rzeczywiście był i jest cudowny. Idealny bohater męski jak napisałaś :) Ja mimo wszystko trzymam się tego, że Scarlett miała w sobie coś złego. Np. Taka Melania również nie miała ciekawych warunków życia, a jednak zachowała w każdej sytuacji twarz, chociaż z drugiej strony była zdana na łaskę Scarlett. Cóż... jestem po raz kolejny rozdarta.
      3) Już jest nowy. Podejrzewam, że szybko zgadniesz z jakiego filmu pochodzi :)
      Obejrzałam "Przeminęło z wiatrem" i się zakochałam. Vivien genialna podobnie jak Clark Gable. "Pożegnalny walc" w planach :)
      To może się na "Blue Jasmine" skuszę :)

      Usuń
  5. Oj....a książka ta właśnie czeka na półce...trochę się boję..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma się czego bać. "Kobieta w lustrze" to nic specjalnego.

      Usuń
  6. Czytałam tę książkę. To rzeczywiście inny Schmitt, który jednak bardzo mi przypasował. Muszę sobie ją odświeżyć. Ciekawe jakie teraz na mnie wywrze wrażenie.

    A czytałaś "Przypadek Adolfa H." tego autora? Jeśli nie - polecam. Fascynująca opowieść...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie ta książka kompletnie nie zaskoczyła, a spodziewałam się czegoś naprawdę fascynującego i inspirującego.

      "Przypadku..." nie czytałam, ale zamiaruję :)

      Usuń
  7. Nie mogę się pod tamto podpiąć, więc tu odpowiem:
    Co do Scarlett, to chodziło mi raczej o to, że chociaż przecież dajmy na to ja i jakaś przypadkowa znajoma żyjemy w identycznych czasach, to nasz charakter, sytuacja w domu, doświadczenia, odporność psychiczna, ludzie z którymi się zadajemy... to wszystko składa się na to, jak się zachowujemy, jak postąpimy w kryzysowej sytuacji. Tak jak w "Przypadku Adolfa H." - malutkie i większe kryzysy złożyły się na to, że sytuacja potoczyła się tak a nie inaczej. I u Scarlett jest podobnie.
    Bo oczywiście, Mitchell mogła stworzyć potwora samego w sobie, ale po pierwsze - nie uważasz, że to by było banalne? A po drugie, nie wierzę, że ludzie mogą być źli od urodzenia, dlatego też tworzenie takiej postaci strasznie by ją spłyciło i sprawiło, że wydawałaby się nam nierealna.
    Co do nagłówka... nie wiem. Najpierw pomyślałam o Piratach, lecz czy tam były tak magiczne ujęcia?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaję mi się, że była silna fizycznie i psychicznie, jednak była słabo uodporniona na zło. Mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi :P Po prostu niektórzy ludzie przeżywają jeszcze gorsze życiowe koszmary, a mimo to zawsze wychodzą z nich z honorem. Potrafią zachować się w danych sytuacjach i wiedzą co mają robić. Scarlett czepiała się akurat najgorszych możliwych rozwiązań, które totalnie ją hańbiły. Jednak bardzo podobało mi się to, że w jakiś sposób zabolała ją śmierć pana Kennedy'ego. Szkoda tylko, że nie uczyła się na błędach i i tak później traktowała innych jak poprzednio.
      Właśnie uważam, że to absolutnie nie byłoby banalne, ponieważ opisała ją w taki sposób, że czytelnik do końca ma wątpliwości co do jej prawdziwego ja. Czy ja wiem. Wyżej już napisałam odpowiedź na to pytanie. Najważniejszy jest moim zdaniem sposób przedstawienia postaci. Potrafi zdziałać cuda.
      Tak, tak to Piraci :) Bardzo spodobał mi się ten kadr. Musiałam go zobaczyć w nagłówku :)

      Usuń
  8. Schmitta cenię. Mam "na koncie" trochę jego pozycji i przyznam, że są one raz lepsze, raz gorsze. Kobiety w lustrze jeszcze nie miałam okazji czytać, ale mam nadzieję, że nadrobię zaległości.Jestem ciekawa czy i ja odbiore ją z mieszanymi uczuciami Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń