sobota, 17 stycznia 2015

O Greenie słów kilka, z naciskiem na "19 razy Katherine"



Książkoholicy z długim stażem wiedzą o wydawniczych falach, które nadciągają wraz z niesamowitym bestsellerem podbijającym świat. Mieliśmy okazję przeżyć wielki nasyp powieści inspirowanych Harrym Potterem, następnie Zmierzchem, Igrzyskami Śmierci, nieszczęsnym Greyem, a teraz Greenem i jego świetną powieścią "Gwiazd naszych wina". Wraz z nimi powstają również nowe gatunki oraz kategorie. Jak poprzednie zalewy książek o tej samej tematyce, a nawet fabule strasznie mnie denerwowały swoją wszędobylską obecnością na wszystkich półkach w księgarniach, tak z pozycjami pokroju Greena jest zupełnie inaczej. Kompletnie mi nie przeszkadzają, a wręcz przeciwnie. Sama chętnie na nie zerkam i czytam. Green zdecydowanie jest inspiracją wielu pisarzy ze względu na już kultową powieść, której tytuł wspomniałam powyżej. Jednakże czy autor utrzymuje poziom w pozostałych książkach? 

Aby się o tym przekonać sięgnęłam po "Szukając Alaski", którą znalazłam w bibliotece, jeszcze w starym wydaniu, kiedy to nazwisko autora nie było jeszcze takie znane. Muszę przyznać, że żałuję, że nie zwróciłam na nią uwagi wcześniej, gdyż jest to powieść młodzieżowa, jednakże napisana i opowiedziana w zupełnie innym stylu niż te, które zwykle stoją na półkach. Wyjątkowa, niepowtarzalna, z idealnie zarysowanymi bohaterami, fabułą zmierzającą do konkretnego celu i sensu. Nietuzinkowa, zmuszając do refleksji, zarówno w zabawny, ale też i poważny sposób. 
Kolejną książką autora, którą przeczytałam były "Papierowe miasta", które spodobały mi się zdecydowanie mniej, niż dwie poprzednie. Według mnie była trochę rozwleczona. Zabrakło jej humoru oraz charakterystycznych bohaterów, którzy mogliby podbić moje serce. Niestety, w tym przypadku nikomu się nie udało. Margo irytowała, a gonitwa za nią wydawała się bezsensu. Zakończenie trochę zaskakuje, trochę nie. Zdecydowanie nie jest to pozycja, którą poleciłabym na pierwszy ogień tego pisarza i, którą na pewno nie zaliczam do ulubionych, czy nawet lubianych. Nie zamierzam do niej wracać. 

A teraz przejdę do pozycji, którą miałam okazję poznać całkiem niedawno. Mowa o "19 razy Katherine", książce, o której tak naprawdę nie wiem co sądzić, co napisać. Wszystko jest we mnie, ale nie chce się za bardzo uzewnętrznić. Jak po pierwszych kilkudziesięciu stronach dokładnie wiedziałam co napiszę, tak po skończonej lekturze wszystko wyparowało. Zakochałam się od pierwszych stron w głównych bohaterach oraz ich szalonej wędrówce w nieznane. Pokochałam nawet Lindsey i jej sklep, jednak od połowy wszystko zaczęło się psuć. Nie wiem czy we mnie, czy w tej książce. Zaczęła mi być obojętna, zależało mi tylko na tym, żeby ją skończyć. Może dlatego, że z góry wiedziałam co się wydarzy? Wszystko było bardzo przewidywalne. Teoremat niespecjalnie mnie interesował i nie do końca zrozumiałam w czym on miał pomóc bohaterowi. Zakończenie również, takie jakieś bez jakiegoś mocnego kopa, tak jak to było w "Szukając Alaski". Nie zauważyłam też szczególnego przesłania. Bardzo się zawiodłam drugą połową książki. Całość jak zwykle ratują bohaterowie i humor. Teraz tak sobie myślę... Może nie do końca ją zrozumiałam? Książka kompletnie nienadająca się do wracania, jednak spróbuję. Może moje wrażenia się zmienią?

Po przeczytaniu GNW, moim celem było poznanie wszystkich powieści Johna Greena i mimo tych dwóch potyczek, nadal zamiaruję to moje drobne wyzwanie ukończyć. Przede mną krótka forma w wydaniu autora, która z tego co czytałam nie za bardzo mu wyszła oraz "Will Grayson, Will Grayson", na którego mocno zacieram rączki. Szykuje się dobra lektura, na którą czekam już od wydania pierwszej jego książki w Polsce. 
A wy co sądzicie o autorze?
Która książka jest najlepsza, a która najgorsza? 


"19 razy Katherine" przeczytane w ramach akcji: 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz