czwartek, 19 marca 2015

Nigdy więcej...

...Greya.
Dzisiaj znowu mniej ambitnie. Pragnę dowiedzieć się w czym tkwi fenomen światowej trylogii "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Tym razem na tapecie druga część.
Uwaga: Będę gryźć.

Jak tak teraz się zastanawiam nad swoim marnotrawstwem, zadaję sobie pytanie: czego ty się do licha spodziewałaś?
Nie ukrywam, że pierwszą część przeczytałam trochę z przymusu i z ciekawości. Podniecona lekturą światowego fenomenu, liczyłam się z tym, że może ona mi się nie spodobać, jednak jeśli mam być szczera nie spodziewałam się, że jest to, aż taki bezwartościowy gniot. Teraz jeszcze bardziej rani mnie widok wysoko plasujących się miejsc tych książek na listach bestsellerów wszystkich księgarń i ludzi namiętnie ich kupujących. Ja osobiście cieszę się, że nie wydałam na twory pani James ani złotówki, gdyż jeszcze bardziej żałowałabym decyzji zabrania się za historię pana Greya. 



Bardzo mocno liczyłam na to, iż "Ciemniejsza strona Greya" znacznie poprawi się zarówno pod względem fabuły jak i języka. Nadzieja matką głupich. Pani James ciągle operuje tym samym dennym językiem. Powtarza swoje ulubione zdania i niezwykle żenujące frazy z wewnętrzną boginią Anastazji, które w przypadku tej części irytują jeszcze bardziej. 
Jeśli chodzi o fabułę, to myślałam, że autorka jakoś rozwinie wątek Greya, tak że stanie się on dla nas jeszcze ciekawszy. Niestety, nie trzymała nas długo w napięciu. Dowiadujemy się o nim pikantniejszych i bardziej szarych rzeczy w równych odstępach czasu i są to jedynie drobne wzmianki, ale jak się później okazuje jest to wszystko, co tak naprawdę ukrywał. Po odkryciu wszystkich kart, nic nie trzymało mnie przy książce. Nie widziałam sensu w dalszym czytaniu, gdyż bardzo dobrze wiedziałam jak cała ta historia się skończy i nie myliłam się. 


Sama się już pogubiłam. Nie wiem czy książka rzeczywiście jest taka zła, czy po prostu nie w moim guście. Ja lubię kiedy coś się dzieje, albo kiedy piękne zdania zmuszają do myślenia. W "Pięćdziesięciu twarzach Greya" nie ma niczego, co by mnie przy niej trzymało. Zarówno fabuła, jak i styl autorki wołają o pomstę do nieba. Książka niczego nie uczy, nie pokazuje żadnych, ważnych życiowych wartości, którymi powinniśmy się kierować, a wręcz przeciwnie. Przecież pakowanie się do łóżka zupełnie obcemu, przystojnemu milionerowi wcale nie jest niczym złym. Taka znajomość może prowadzić do silnej, nierozerwalnej więzi, a nawet do miłości. Tak naprawdę gdyby Grey był biednym, obrzydliwym pracownikiem sklepu mięsnego (nie obrażając nikogo), z podobnymi seksualnymi upodobaniami, to Ana z pewnością zadzwoniłaby najpierw po mężczyzn w białych kitlach, niż zgodziła się robić to na co on ma ochotę. 
Może rzeczywiście nie leciała na jego pieniądze, ale to wygląd odgrywał kluczową rolę w budowaniu ich związku, gdyby nie on to Ana nie znosiłaby tak wielu jego fanaberii. 



Trylogią "50 twarzy Greya" nie warto sobie zawracać głowy. Jest to jeden z wielu na rynku wydawniczym, nędzny zapychacz czasu, przed którym prędzej ostrzegam, niż do którego zachęcam. Uwierzcie mi, że na półkach w księgarni jest o wiele więcej książek, które lepiej przeczytać niż to. Nie zamierzam już sięgać po twórczość pani James, jeśli takowa się pojawi. Nad 3 częścią się jeszcze zastanowię, jednak jeśli już będę chciała przeczytać, to z pewnością za niedługi czas... Stęskniłam się za obcowaniem z wartościową literaturą. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz